„Jak się wierzy w Boga, to się wierzy konkretnie”. Wywiad z Katarzyną Jachimowicz

 

„Ta sytuacja jest okazją do dania świadectwa i refleksji”.

 

Katarzyna Jachimowicz jest polską lekarką, która od  roku 2011 była zatrudniona w Norwegii jako lekarz rodzinny. Gdy podpisywała umowę o pracę powołała się na klauzulę sumienia i zastrzegła, że nie będzie wykonywać czynności, które kłócą się z jej sumieniem. Norweski pracodawca przystał na to. Jednak, kiedy w 2015 w prawodawstwie norweskim zlikwidowano klauzulę sumienia dla lekarzy rodzinnych, Jachimowicz została zwolniona z pracy. Postanowiła dochodzić swoich praw w sądzie. Proces sądowy, który ciągle się toczy, podobnie jak sama sprawa, budzą wiele dyskusji w norweskich i polskich mediach.

 

Więcej o sądowej sprawie Katarzyny Jachimowicz przeczytasz tutaj 

 

Marta Tomczyk-Maryon: Jak wyglądała pani kariera zawodowa w Polsce, i co zadecydowało o tym, że znalazła się pani w Norwegii?

Katarzyna Jachimowicz: Pochodzę z Białegostoku. Zaraz po studiach medycznych przyjechałam pierwszy raz do Norwegii. Pracowałam, podobnie jak wielu moich znajomych, przy zbieraniu truskawek. Można powiedzieć, że mieliśmy jedno z lepiej wykształconych pól truskawkowych (śmiech). W Polsce oboje z mężem zrobiliśmy specjalizacje, potem zaczęłam prywatną praktykę, byłam jednym z pierwszych lekarzy rodzinnych w moim mieście. W pewnym momencie zrozumiałam jednak, że więcej czasu zajmuje mi wypełnianie papierów niż leczenie ludzi. Mąż, który jest radiologiem, chciał się rozwijać zawodowo. Dlatego, gdy dostał pracę w Norwegii, zdecydowaliśmy się na wyjazd z Polski. Dodatkowym argumentem było to, że oboje z mężem wspinamy się po górach, tak więc miejsce, gdzie zamieszkaliśmy było idealne. Przedarcie się przez norweski system: nauka języka, znalezienie pracy, zajęło mi trochę czasu. Jednak było to relatywnie „miękkie lądowanie”, którego mogłabym życzyć każdemu. Po pewnym czasie dostałam stałą pracę w gminie Sauherad­.

 

MTM: Porozmawiajmy o klauzuli sumienia. Czy przed podjęciem pracy w Norwegii, wiedziała pani jakie prawo tutaj obowiązuje?

KJ: Przed przyjazdem do Norwegii sprawdzaliśmy to. Pytał o to mój mąż i ja podczas pierwszych rozmów o pracę. Otrzymaliśmy potwierdzenie, że klauzula działa i pracodawcy rozumieją i aprobują to, że lekarze nie wykonują czynności, które kłócą się z ich sumieniem.

 

MTM: Niektórzy zarzucają, że stawiała pani pacjentki w trudnej sytuacji, że kobiety nie miały wyboru, i gdy np. chciały założyć spiralkę zostawały bez żadnych możliwości. Jak było naprawdę?

KJ: Nie jestem osobą, która staje na barykadach. Nikogo nie zamierzam zmieniać i przekonywać na siłę. Jeśli moje pacjentki zdecydowały się na aborcję, to były grzecznie przekierowywane do innego lekarza. W przypadku spiralek, mówiłam pacjentkom, że nie umiem tego robić, co było zgodne z prawdą.  W tamtym czasie frustrował mnie brak klarownego przepływu informacji. Dla obydwu stron byłoby lepiej, aby w przychodni wisiała informacja, jakich zabiegów nie wykonuję. Wtedy pacjentki mogłyby umówić się na wizytę do innego lekarza. Dla mnie nie była to komfortowa sytuacja, gdy kobieta przychodziła, a ja musiałam jej czegoś odmówić. Jednak w praktyce pacjentki nie musiały czekać zbyt długo na wizytę u innego lekarza. Chyba najdłuższy czas oczekiwania to 20 minut; najczęściej były kierowane do lekarza, który przyjmował w gabinecie obok.

 

MTM: Czy nigdy nie musiała wypisać pani skierowania na aborcję?

KJ: Raz miałam taką sytuację, kiedy w dość dramatycznych okolicznościach zostałam sama w przychodni i byłam jedynym lekarzem. Wyciągnęłam blankiet i… okazało się, że nie potrafię tego napisać. Próbowałam, ale nie byłam w stanie. Mogę być dumna, albo się tego wstydzić, ale nie dałam rady tego zrobić. Myślę, że podobnie byłoby przy zakładaniu spiralki.

 

MTM: Czy istnieją norwescy lekarze, którzy odwoływali się do klauzuli sumienia i podobnie jak pani nie kierowali pacjentek na zabiegi usunięcia ciąży?

KJ: W przychodni w sąsiedniej gminie było dwóch innych lekarzy, którzy powoływali się na klauzulę. W całej Norwegii było ich szesnastu. Nie jest to porażająca ilość przy liczbie czterech tysięcy lekarzy rodzinnych.

 

MTM: To prawda, ale jednak są. Dyskusje nad klauzulą sumienia, które zaczęły się w Norwegii w roku 2011, doprowadziły do jej zniesienia w 2015. Co pani myśli o tej decyzji?

KJ: W Polsce klauzula sumienia obowiązywała przez całe lata, i to się sprawdzało. Dostaję w tej chwili sporo listów; piszą do mnie lekarze ginekolodzy i anestezjolodzy z całej Europy, którzy nie uczestniczą w tego rodzaju zabiegach. Nie robiłam dokładnych badań, ale wygląda na to, że klauzula funkcjonuje w wielu państwach europejskich.

Gdy przyjechałam do Norwegii w 2008 było tu trzydzieści lat praktyki stosowania klauzuli sumienia. Od roku 2015 funkcjonuje ona tylko w szpitalach. Dlaczego nie mogą z niej korzystać lekarze rodzinni? Nie ma to żadnego logicznego wytłumaczenia, tym bardziej, że lekarz rodzinny nie jest ginekologiem. Zmiany, które wprowadzono w Norwegii pachną dla mnie niestety totalitaryzmem.

 

MTM: Czy zniesienie klauzuli sumienia może w przyszłości przynieść jakieś negatywne konsekwencje?

KJ: Zniesienie klauzuli wiąże się z tym, że wcześniej czy później pojawią się inne tematy etyczne. A co będzie, jeśli w to miejsce wejdzie eutanazja? Jeśli do obowiązków lekarza będzie należało podanie odpowiedniego specyfiku? Nie potrafiłabym tego zrobić. Rozmawiałam z lekarzami norweskimi na ten temat i wielu, nie będących chrześcijanami, mówiło, że nie zrobiłoby tego. Co prawda słyszałam takie pogłoski, że jeśli się wprowadzi eutanazję, to zostanie przywrócona klauzula sumienia. Ale to jest złe prawo, jeśli jest sterowane ręcznie. Tak prawo nie działa, albo jest klauzula sumienia, albo nie ma, albo jest dla wszystkich, albo dla nikogo. Nasuwa mi się tutaj pojęcie „taktyka salami”. W okresie bezpośrednio po II wojnie światowej oznaczało przejęcie krok po kroku poprzez eliminowanie partii demokratycznych władzy przez komunistów w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii, Jugosławii, Bułgarii i Albanii. Wymieniasz ludzi, a w końcu wszystko jest nasze. Zaczynasz od słownictwa, zmiękczasz pewne pojęcia, a potem wprowadzasz zmiany krok po kroku i patrzysz, gdzie będzie opór.

 

MTM: W roku 2015 nie odstąpiła pani od swoich zasad i została zwolniona z pracy. Wniosła pani sprawę do sądu przeciwko swojemu pracodawcy. Czy ktoś wspierał panią w tym czasie?

KJ: Na początku tylko mąż i znajomi. Przez dziewięć miesięcy pisałam do różnych instytucji i natrafiałam na głuche milczenie. Wtedy myślałam, że powinnam się zwolnić jak trójka lekarzy norweskich, którzy również powołali się na klauzulę. Jednak wstąpił we mnie jakiś „polski duch” i postanowiłam nie ułatwiać moim pracodawcom zadania. Pierwszą osobą, która mnie wsparła był lekarz gminy Sauherad. Napisała w moim imieniu podanie do norweskiego Stowarzyszenia Lekarzy (Den Norske Legeforening) i dostałam pierwsze pieniądze na adwokata. Nie był to mój obecny adwokat, bo pieniędzy nie było wiele, jednak dało mi to nadzieję. Poza tym był to dowód solidarności lekarskiej, która istniała ponad podziałami ideologicznymi. Potem przyszedł e-mail od Magnara Kleivena generalnego sekretarza NKLF Norges Kristelige Legeforenning (norweskie Stowarzyszenie Lekarzy Chrześcijańskich). Napisał, że gratulują mi postawy. Zapytałam, czy zechcą mnie wesprzeć i dostałam wsparcie. Okazało się, że zależało im na znalezieniu kogoś, kto by podjął takie wyzwanie.

Zostałam przez nich również zaproszona na doroczny zjazd stowarzyszenia, który nazywa się Inspiracje. Wygłosiłam tam krótkie przemówienie, odzew był spontaniczny i niesamowity.  Dostałam owacje na stojąco. Nie myślałam, że komukolwiek zależy na tej sprawie. W czasie zjazdu podchodzili do mnie lekarze, którzy byli w podobnej sytuacji, np. tacy, którzy zmienili pracę z powodu swoich poglądów, lub którzy nie dostali pracy z tego samego powodu.

Na liście zasłużonych osób są również organizacje ADF (Alliance Defending Freedom) broniąca wolności sumienia, a w Polsce, np. Zespół Centrum Inicjatyw dla Życia i Rodziny i CitizenGO. Byli także dziennikarze, znakomicie współpracowało mi się z Gościem Niedzielnym. Hubert Gorczyca z Taste of Emigration nagrał ze mną film.

 

MTM: Sprawa budzi wiele dyskusji w polskich i norweskich mediach. Zastanawiam się czy ma pani odzew od „zwykłych ludzi”?

KJ: Przyznam się, że trochę mnie dziwią te dyskusje. Dostaję dużo głosów wsparcia na Facebooku, jak również listy pisane ręcznie. To poruszające historie osób, które były zmuszane lub namawiane do aborcji i odmówiły tego z różnych względów. Kończyło się to różnie, urodzeniem zdrowego dziecka lub chorego. W tym ostatnim przypadku ludzie byli świadomi, że urodzą dziecko, które nie będzie długo żyło, chcieli jednak, aby przyszło na świat. Piszą również studenci medycyny z Polski i Norwegii z różnymi pytaniami. Niektórzy próbują znaleźć przeze mnie pracę, niektórzy pytają z ciekawości.

 

MTM: Dlaczego życie w zgodzie ze swoim sumieniem jest tak ważne? Dlaczego nie praktykuje pani kompromisów jak wiele innych osób, które w pracy stosują inne zasady, a w życiu prywatnym inne?

KJ: Nie da się być chrześcijaninem tylko w domu. Oczywiście ważne jest, aby nie godziło to w drugiego człowieka. Klauzula sumienia zmusza do refleksji nad początkiem i końcem życia. Nie ukrywam, że moje źródło, moje wartości są chrześcijańskie. Inni mogą opierać się na wartościach humanistycznych i być dobrymi lekarzami. Nie różnicuję i nie oceniam, kto robi lepiej, kto gorzej. Jednak każdy ma prawo mieć swoje źródło. Nie potrafię stosować innych zasad w życiu prywatnym i zawodowym. W pracy powinnam być człowiekiem, a żeby być człowiekiem muszę mieć tam całą siebie, a nie kawałek. Istnieje encyklika Jana Pawła II o pracy Laborem exercens, która przedstawia pracę jako wpisującą się w dzieło stworzenia. Tak rozumiana praca nie jest przekleństwem, lecz darem.

Zanim podjęłam decyzję, myślałam o tym, jakby to było, gdybym się wpasowała w norweski system, gdybym zachowała pracę. Naprawdę próbowałam to niuansować; korespondowałam np. z profesorem etyki, rozważałam tę kwestię z różnych stron, wykorzystałam wszystko, co wiem z rekolekcji ignacjańskich. Jednak zrozumiałam, że musiałabym włożyć zbyt wiele wysiłku w uciszenie głosu sumienia.

 

MTM: Czego ta sprawa panią nauczyła? Czy zmieniła coś w pani, albo w pani życiu?

KJ: Otwartości, tego, aby się nie bać, aby ufać swojemu przekonaniu. Nauczyła mnie też pokory. Mówiąc nieco górnolotnie ta sytuacja jest okazją do dania świadectwa i refleksji. Przydatne było dla mnie doświadczenie górskie, które nauczyło mnie posuwania się krok za krokiem. Bardzo cennym nabytkiem życiowym są ludzie, których spotkałam, mój świat się rozszerzył.  Myślę, że nie miałabym tego wszystkiego, gdybym próbowała zachować pracę kosztem kompromisu ze sobą, antyświadectwa.  To była konsekwencja, powiedziałam sobie, jeśli wierzysz, że życie zaczyna się od poczęcia i trwa do naturalnej śmierci, to musisz być konsekwentna i je chronić. Oczywiście tu pojawia się pytanie: ile jesteś w stanie za to zapłacić? Cenne rzeczy mają swoją cenę. Jeśli chcesz na swoim sztandarze napisać, chcę bronić tego i tego, to ponosisz tego konsekwencję. Mam jednak pełen szacunek do osób, które nie podjęły takiej walki, rozumiem, że nie miały takiej możliwości lub przestrzeni.

 

MTM: …i odwagi. Będąc emigrantką w obcym kraju, podjęła pani z pełną świadomością obronę własnych wartości.

KJ: Postawiłam Bogu pewien warunek. Myślałam: „gdyby znalazł się odpowiedni adwokat, najlepiej katolik, abyśmy mówili wspólnym językiem… gdyby znalazło się środowisko, które by mnie wsparło i które by zebrało pieniądze, to wejdę w to”. I wszystko to się wydarzyło. Nie wiem, czy to jest odwaga. Jak się wierzy w Boga, to się wierzy konkretnie.

Bóg pomógł mi w wielu trudnych sytuacjach życiowych, zawsze miałam wrażenie, że mnie prowadzi. Gdy zobaczyłam, że pewne prawdy duchowe działają, to było jak objawienie. Taki przykład: byłam w Polsce i moja grupa modlitewna zebrała pieniądze na mój proces, przeliczyłam je i wpłaciłam, a zaraz potem po przyjeździe do Norwegii dostałam wielokrotność tego. Tak się zdarzyło raz, potem drugi, trzeci. Kiedy to samo powtórzyło się za czwartym razem pomyślałam sobie: Hm… (śmiech).

 

MTM: Wygląda na to, że jeszcze Ktoś inny panią wspiera. Co będzie, jeśli przegra pani sprawę w Norwegii?

KJ: Moim celem jest wniesienie sprawy w Strassburgu. Być może wygrana w Strassburgu pomogłaby zmienić prawodawstwo norweskie.

MTM: Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.