Dlaczego ludzie odchodzą z Kościoła?

 

Przeczytaj również najnowsze dane statystyczne na temat religijności Polaków

Zapraszam cię. Część 1

 

Jeśli chodzi o to, kto jest blisko Pana Boga, a kto jest od Niego daleko, kto w Niego wierzy, a kto nie, to mam wrażenie, że granica przebiega troszeczkę inaczej niż tylko pomiędzy tymi, którzy praktykują i nie praktykują.

Z Pawłem Kozackim OP, prowincjałem zakonu dominikanów, rozmawia Katarzyna Kolska.

 

– Dlaczego ludzie odchodzą z Kościoła?

– Z wielu różnych powodów. Czasem dlatego, że są pochłonięci pracą, rodziną, codzienną krzątaniną. Więź z Panem Bogiem nie jest dla nich szczególnie istotna, więc przestają chodzić do kościoła, choć nadal deklarują się jako wierzący.

Inni nudzą się na mszy, nie rozumieją liturgii, nie potrafią wgryźć się w słowo, które słyszą, kazania są dla nich mało atrakcyjne. Dochodzą do wniosku, że bycie wierzącym nic nie zmienia w ich życiu.

Niektórzy znowu nasłuchali się w mediach, jaki ten Kościół jest okropny – ile tam jest afer pedofilskich, gejowskich, finansowych, ilu księży żyje z kobietami i ma nieślubne dzieci. A skoro tak, to oni z takimi obłudnikami nie chcą mieć nic do czynienia. Inni odchodzą, bo na własnej skórze doświadczyli grzeszności Kościoła, a konkretnie jego duszpasterzy.

Część osób się zraża, bo z ambony zamiast o Dobrej Nowinie księża mówią o dobrej zmianie, zamiast o Panu Bogu – o prezesie i prezydencie. Odchodzą też ci, których spotkało w życiu coś trudnego i mają o to żal do Pana Boga.

 

– A ci, którzy stracili wiarę?

– O nich chciałem powiedzieć na końcu, ponieważ mam wrażenie, że ich odejście od Kościoła jest konsekwencją tego, o czym mówiłem wcześniej. To właśnie tamte sytuacje powodują, że ktoś oddala się od Kościoła, traci wiarę i stwierdza, że jest człowiekiem niewierzącym, chociaż ma to miejsce stosunkowo rzadko. Częściej można spotkać takich, którzy odeszli od Kościoła, ale mówią, że wiarę zachowali.

 

– Jeśli mówimy, że wiara jest łaską, czy to oznacza, że ci, którzy odeszli od Kościoła, nie mieli tej łaski albo ją utracili?

– Łaskę można zmarnować. „Proszę was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej” – mówi św. Paweł. Może być tak, że ktoś dostał łaskę wiary, ale jak czytamy w Ewangelii: jeden się zajął kupiectwem, inny się ożenił, a jeszcze inny poszedł wypróbować woły. Zaproszenie, które było bardzo wyraźne, zostało zmarnowane. Tymczasem łaska wiary dana człowiekowi wymaga troski, współpracy, rozwoju. Jest jak ziarno, które posiane trzeba podlewać, nawozić, a potem, gdy podrośnie, okopywać. W przeciwnym razie krzew wiary najpierw dziczeje, a potem – nienawożony, niekarmiony słowem Bożym, modlitwą – usycha i nie wydaje owocu.

 

– Ale od Kościoła odchodzą coraz częściej nastolatkowie, ich wiara nie zdążyła jeszcze na dobre wyrosnąć. Wielu rodziców zastanawia się wtedy, co robić.

– Nie wiem, co robić. Nie mam jednej dobrej rady. Powiedziałbym, że – paradoksalnie – trzeba zadbać wtedy o swoją własną wiarę.

 

– Potraktować to jako formę młodzieńczego buntu?

– Bunt nastolatków jest czymś naturalnym, nawet przewidywalnym. Dlatego można się do tego wcześniej przygotować, rozmawiając o wierze z dorastającym dzieckiem, odpowiadając na jego pytania. Oczywiście im starsze dziecko, tym pytania będą trudniejsze, bardziej agresywne i atakujące. To jest zagranie w stylu: Sprawdzam waszą wiarę, sprawdzam, czy to, o czym mi gadacie, jest prawdziwe, czy też wciskacie mi jakiś kit.

Rodzice, uprzedzając ten młodzieńczy bunt, mogą zadbać o środowisko dla swojego dziecka. Są znacznie większe szanse na to, że nastolatek utrzyma wiarę wyniesioną z domu, jeżeli będzie mógł ją kontynuować i rozwijać w gronie rówieśniczym. Ja jestem właśnie takim przypadkiem. Kiedy moi rodzice zobaczyli, że się buntuję i nie mieszczę się w kościele parafialnym, to zawieźli mnie do dominikanów. Najpierw chodziłem na msze młodzieżowe, czyli „siedemnastki”, które odprawiał ojciec Jan Góra. Potem znalazłem swoje miejsce w duszpasterstwie. To była przestrzeń mojej samodzielności. Przestrzeń bez rodziców.

 

– Rodzice traktują odejście dziecka od Kościoła jako porażkę. Zwłaszcza wtedy, kiedy mają poczucie, że dbali o wychowanie religijne.

– Wychowanie – nie tylko religijne, ale wychowanie w ogóle – nie daje żadnych gwarancji, że dziecko się nie pogubi. Każdy dorastający człowiek staje się wolną osobą i podejmuje własne wybory. Można przekazywać wartości, można ukazywać perspektywę wiary ze świadomością, że im bardziej żywe będzie to podprowadzenie pod relację z Panem Bogiem, tym większe szanse na wzrost wiary i jej autentyczność. Nie ma jednak żadnej pewności, że tę wiarę da się dziecku przekazać.

 

Paweł Kozacki – ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”.

Drugą część rozmowy możesz przeczytać tutaj

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „W drodze” (2018, nr 1).