Życie to dwie podróże

 

Wietnamczyk Thanh (51) przyjechał do Norwegii sam jako nastolatek w latach 80. Teraz ma dobrą pracę i rodzinę. Wszyscy są aktywni w lokalnej parafii.

 

Tekst: Elisabeth Solberg  Zdjęcia: Øystein Klakegg

Tłumaczenie: Marta Tomczyk-Maryon

 

Nowa seria:

Największą liczbę katolików w Norwegii stanowią emigranci. Najczęściej określamy ich wspólnym mianem: „Wietnamczyków”, „Polaków”, „Filipińczyków”. Łatwo zamknąć ich w tych ramach i zapomnieć, że każda osoba ma swoją własną historię. W serii pt. „Przyszli i zostali” Elisabeth Solberg spotyka niektórych z nich.

 

 

 

W Wietnamie istnieje gatunek drzew, które choć rosną w jałowej ziemi, mają mocne korzenie i stoją wyprostowane, nawet wtedy, gdy silne wiatry targają ich gałęziami. W Wietnamie istnieją ludzie, którzy żyli i żyją w trudnych warunkach, ale są mocno zakorzenieni w kulturze.  Są jak skały, których nie poruszają przetaczające się wokół nich burze. Taki jest Thanh. Już jako dziecko doświadczył wojny, ale te doświadczenia są  jak soki drzewa, przepływają przez jego żyły, odżywiają bogactwo pokoleń i kulturowy wzrost.

- Dorastałem na wsi niedaleko Sajgonu, z matką, ojcem, trójką rodzeństwa i dziadkami. W kraju była wojna, Amerykanie walczyli na południu z komunistami z północy. Moja rodzina była prosta i pracowita, nie znaliśmy się na polityce i ideologii, ale mieliśmy silną wiarę katolicką, która pozwoliła nam przetrwać przez kilka wieków. Wszyscy mężczyźni powyżej osiemnastego roku życia dostali powołanie. Zostali zmuszeni do wyboru między stronami konfliktu. Ojciec wybrał Amerykanów, ponieważ wiedział, że są chrześcijanami i pozwolą nam praktykować naszą wiarę.

W okresie różnych dynastii w XVIII i XIX wieku, które patrzyły na chrześcijaństwo złym okiem, wielu przodków Thanha było męczennikami. Chrześcijanie musieli praktykować swoją wiarę w ukryciu; każdy dzień był walką. Korzenie stały się twarde i wytrzymałe.

- Nasza wiara jest zbudowana na krwi, mówi cicho Thanh. Mój ojciec musiał daleko wyjechać zostawiając matkę z czwórką dzieci i teściami, którymi również trzeba się było zająć. Chociaż ojciec nie utrzymywał teraz rodziny musiał zdobyć środki, abyśmy przeżyli. W naszej małej wiosce nie było zbyt wielu mężczyzn, kobiety były podporą społeczeństwa.

 

Kościół jak dom

Kościół stanowił w centrum, wokół którego były zorganizowane domy. Wierzący traktowali kościół jak swój drugi dom, a księdza jak ojca wszystkich rodzin.

- Matka wstawała codziennie przed piątą rano – wspomina.

- Robiła śniadanie, musieliśmy iść do księdza z kawą i budzić go. Pierwsze słowa księdza to było: „Gdzie jest moja kawa?”. Dzieci, które były ministrantami szły do zakrystii i przygotowywały wszystkie rzeczy, które ksiądz potrzebował do odprawienia mszy. Później rodzina szła na poranną mszę. Mieliśmy swoje stałe pory modlitw i rytuały; to było zaletą. Kiedy byłem mały nie rozumiałem znaczenia tego, ale akceptowałem jako zwyczaj.

To dziedzictwo pozwoliło mu stać prosto, kiedy w późniejszym życiu pojawiły się burze.

Zaczynali dzień od podania księdzu kawy, ryżu buddyjskim mnichom żebrzącym, wsparcia rodzin, które były w potrzebie – w wielkiej wdzięczności dla Boga za życie i miłość. Ojca widywali rzadko. W kwietniu 1975 skończyła się wojna i ojciec wrócił do domu. Południowy Wietnam poddał się, podekscytowani i zadowoleni ludzie pytali ojca: „Czy teraz jest teraz pokój?”. On tylko cicho płakał.

- Komuniści przyszli i zabrali go na dwutygodniowe szkolenie, jak to nazywali. W rzeczywistości został zamknięty w obozie koncentracyjnym. Tam poddano go torturom i systematycznemu praniu mózgu; nigdy stamtąd nie wrócił. Władze przejęły nasz dom, skonfiskowały wszystko, co posiadaliśmy i zostaliśmy przewieszeni do miejsca w środku lasu, które nazywano „Nową strefą ekonomiczną”. W ciągu jednej nocy straciliśmy wszystko.

W obozie musieliśmy pracować, dostawaliśmy się mało jedzenia. Popołudniami odbywało się komunistyczne szkolenie. Byliśmy zmuszani do donoszenia na siebie. W zamian za to mogliśmy otrzymać jakieś korzyści: większe racje żywnościowe lub słodycze. To było jak fałszywa spowiedź. Musieliśmy zapisywać, co robili nasi rodzice w ciągu dnia. W ten sposób partia komunistyczna próbowała grać członkami rodziny. Postępowano w myśl zasady „dziel i rządź”. Byliśmy zdezorientowani, w końcu byliśmy tylko dziećmi.

 

Solidarność i wartości

Gleba wiary była nieurodzajna, ale wyrastające korzenie spajały całą rodzinę.

- Matka mówiła: „Musimy utrzymać nasze wartości, chrześcijanie nie donoszą na siebie. Nigdy nie kłamią dla swoich korzyści”.  Dla nas, oparcie się pokusie było trudne. Oczywiście nie było żadnego kościoła w pobliżu, więc my chrześcijanie spotykaliśmy się w ukryciu. Zapalaliśmy świece i kładli dwa patyki na kształt krzyża. Później modliliśmy się „Ojcze nasz: i trzymaliśmy się za ręce. Niektórzy opowiadali z pamięci historie z Biblii.

Thanh z czasem zrozumiał znaczenie rytuałów. Wiara i stałe praktyki religijne podtrzymywały ich w tym trudnym czasie.

- Mieliśmy wujka, który mieszkał na wybrzeżu i od czasu do czasu mogliśmy się z nim spotykać.  Miał on kontakt z właścicielami łodzi i w ten sposób ja i siostra zaczęliśmy myśleć o ucieczce. Nie widzieliśmy żadnej przyszłości pod uciskająca dyktaturą i dlatego chcieliśmy wyjechać do wolnego kraju. Razem z wieloma innymi zostaliśmy upchani do małej łodzi. Ucieczka się nie powiodła, komuniści nas odkryli i trafiliśmy z powrotem do „strefy ekonomicznej”.

 

Ucieczka

Thanh próbował uciekać więcej niż dziesięć razy. Dwa razy trafił do więzienia.

-  Pewnego razu komuniści zabrali nas do malej wiejskiej szkoły i podzielili na dwie grupy w taki sposób, że mężczyźni powyżej osiemnastego roku życia znaleźli się w jednej klasie, a kobiety i dzieci w klasie obok. Komuniści zabrali nam wszystkie wartościowe przedmioty i zaczęli strzelać do zebranych w pokoju obok, zabijając po jednej osobie. Sparaliżowani strachem słuchaliśmy wystrzałów, czekając na naszą kolej. Jakiś mały chłopiec, który nie rozumiał co się dzieje, zaczął bazgrać na tablicy. Dwie narysowane kredą linie przypominały wyraźny krzyż. W tym samym czasie światło księżyca niczym reflektor oświetliło krzyż, który zajaśniał wszystkimi kolorami tęczy. „Cud”, wykrzyknęła kobieta. Wpatrywaliśmy się w tablicę, a potem w jednym odruchu uklękliśmy na podłodze. Chrześcijanie modlili się do swojego Boga, buddyści recytowali swoje modlitwy i cały strach nas opuścił. Napełniło nas poczucie bezpieczeństwa i siła. Teraz mogliśmy wyjść na spotkanie śmierci, czekało na nas Królestwo Niebieskie. Wtedy zamarły wystrzały. Ci którzy przeżyli i mieli ponad osiemnaście lat zostali wysłani do więzienia, my pozostali wróciliśmy tam skąd przyjechaliśmy.

Thanh miał 14 lat, gdy próbował kolejny raz uciec. Łódź była starą łajbą szeroką i długą na 12 metrów. Zapełniono ją 66 uchodźcami i wypuszczono w morze.

- Było to w listopadzie, kiedy wyją sztormy i morze jest niespokojne. Godzinami, dniami łódź była miotana w złej pogodzie. Deski skrzypiały i pod wpływem naporu gwałtownego morza poluzowały się. W końcu cała łódź była w niebezpieczeństwie. Wszyscy, którzy byli w łodzi wiedzieli, że życie wisi na włosku,  że utoniemy w ciągu godziny.

 

Ratunek

Thanh wszedł na dach kabiny, aby być sam z Bogiem. Prosił o to, aby umrzeć w pokoju, pragnął pięknej śmierci. Poprzez modlitwę przygotowywał się na spotkanie z Królestwem Niebieskim, ale złożył Bogu również obietnicę, że jeśli przeżyje, jego życie będzie owocne. Codziennie będzie umacniał swoją wiarę.

- Kiedy wszystko wyglądało już beznadziejnie, pojawiła się łódź, okazało się, że norweska. Załoga zobaczyła naszą trudną sytuację i przyszła nam na ratunek. Wszyscy zostali uratowani. Łódź zawiozła nas do obozu dla uchodźców na wyspie położonej naprzeciwko Malezji. Także w tym obozie życie było trudne. My, uchodźcy sami budowaliśmy chaty i zaczynaliśmy nowe, choć tymczasowe życie. Otrzymywaliśmy racje żywnościowe z Organizacji Narodów Zjednoczonych, ale ci którzy pracowali w obozie, kradli często część jedzenia i sprzedawali na czarnym rynku. Jednak najważniejsze było dla nas to, że przeżyliśmy  i odzyskaliśmy wolność. Mogliśmy się poruszać tam, gdzie chcieliśmy, mogliśmy myśleć i mówić, to, co myślimy, mogliśmy praktykować naszą wiarę. Odzyskaliśmy nasze wartości.

 

Do Norwegii

W obozie Thanh wybudował dla chrześcijan małą kaplicę, nauczał dzieci i organizował dla nich różne zajęcia wieczorami. Po dwóch latach został wysłany do Norwegii.

- To był dla mnie nieznany kraj, prawie nie wiedziałem gdzie się znajduje!

Szesnastolatek w sandałach i cienkim ubraniu stąpał w zimowym mrozie na Fornebu. Został przewieziony do małej wioski w środku kraju, a tam umieszczono go w mieszkaniu, całkiem samego.  Nikogo nie znał, posługiwał się tylko swoim językiem ojczystym. W lodówce znalazł nieznane sobie jedzenie: gruboziarnisty chleb, ser owczy, kiełbasę z baraniny i wędzoną makrelę. Czuł się jakby był sam na ziemi. Ale wola i duch walki pchały go do przodu.

- Kupiłem słownik angielski, ponieważ w tym czasie nie było żadnego słownika wietnamsko-norweskiego. Musiałem się równocześnie uczyć angielskiego i norweskiego. W końcu trafiłem na półroczny kurs norweskiego, potrzebowano również kogoś, kto będzie organizował zajęcia dla młodych w katolickim kościele w dużym mieście, podjąłem się tej pracy i przeprowadziłem. Thanh skończył również szkołę średnią i poszedł na studia.

 

Znaczenie wiary

Wiara zawsze mnie prowadziła, a kościół był moim drugim domem, wiec znalazłem kościół również w Norwegii. Tutaj spotkałem innych Wietnamczyków, wielu przybyło do Norwegii jako uchodźcy. Założyliśmy chór i śpiewaliśmy na mszach na początku po wietnamsku, później również po norwesku.  W czasie wolnym posprzątaliśmy i pomalowaliśmy kościół, zorganizowaliśmy współpracę między młodymi.  Po szkole pomagaliśmy dzieciom w lekcjach, graliśmy razem muzykę i robiliśmy proste posiłki. Większość dzieci i młodzieży, która w tym czasie uciekła do Norwegii nie miała rodziców, więc byliśmy braćmi i siostrami.  Przez lata zbudowaliśmy również kontakty z norweskimi wierzącymi.

Była – i ciągle jest – duża aktywność w wietnamskim środowisku. Dla Wietnamczyków ważne jest praktykowanie swojej wiary i wprowadzanie jej w życie.  Praca w grupie dla wspólnego celu.

Thanh ma wrażenie, że norweskie chrześcijaństwo jest trochę kategoryczne.

- W Wietnamie nie myślimy tak dużo o grzechu. Wszyscy czasami popełniamy błędy, ale postrzegamy to jako nową szansę. Możliwe, że w naszej kulturze jest domieszka idei z innych religii ze Wschodu. Na przykład teoria reinkarnacji, dzięki której dostrzegamy możliwości, jakie cały czas ofiarowuje nam życie. W naszej wierze Jezus ma wielkie znaczenie. Ale kochamy również Dziewicę Marię. To jest całkiem naturalne. Pamiętaj, że gdy mieszkałem w moim kraju ojciec zajmował marginalne miejsce, wszystkim zajmowała się matka. To jest oczywiste, że czujemy taki związek z Marią, matką Jezusa. Modlimy się o jej wstawiennictwo i jesteśmy wdzięczni. My, którzy doświadczyliśmy wojny, chętnie modlimy się za innych; „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” ma dla nas szczególne znaczenie.

 

Rodzina i praca

Thanh ożenił się i założył rodzinę. On i żona pracują, dzieci chodzą do szkoły. Czują duże przywiązanie do Kościoła. Na pytanie czy trudno być wierzącym w tak zlaicyzowanym kraju jak Norwegia, zamyśla się i odpowiada ostrożnie:

- Tak naprawdę, to nie. Wiara, którą wypiłem z mlekiem matki dała mi pokarm na całe życie. Wprawdzie nie wstajemy przed piątą rano, ale wszyscy modlimy się rano, odmawiamy modlitwy przy posiłkach, zbieramy się wieczorem, wtedy jedno z dzieci czyta fragment Biblii. W szkole na dzieci silnie wpływają impulsy ze społeczeństwa nakierowanego na nauki przyrodnicze i humanizm. Mój najstarszy syn pragnie ze mną od czasu do czasu dyskutować o wierze i wątpieniu. Przychodzi ze szkoły z argumentami zaprzeczającymi istnieniu Boga.  Nie mogę przedstawić argumentów na tym samym poziomie, nasza wiara jest prosta, nie mam wiedzy teologicznej. Ale mogę mówić na podstawie mojego doświadczenia.  Bóg jest centralną częścią mojego życia, wiem że istnieje. Potrzebuję Boga w dobrych i złych dniach, doświadczyłem jego obecności. Dobrze jest rozmawiać o tym z moim synem. Nie zależy mi na wygraniu dyskusji, ale chciałbym zachęcić go do przemyśleń.

Thanh nie postrzega przeszłości jako traumatycznej; burza się uciszyła, a drzewo niezmiennie stoi.

- Budujemy na silnej wierze naszych przodków. Poza tym, jak mówiłem, mamy w sobie kulturę Wschodu.  Ważna jest dla nas idea yin i yang; to relacja między przeciwieństwami – mężczyzną i kobietą, życiem a śmiercią. Życie przynosi dobre i złe dni. Żadna rzecz nie trwa wiecznie, i musimy nauczyć się to akceptować.  Śmierć jest naturalna. Bóg jest w tym wszystkim, wiara w Niego daje nadzieję. Z nadzieją trzeba budować miłość. W naszym codziennym życiu wiara, nadzieja i miłość są filarami.

 

Dwie podróże

Co stało z resztą rodziny Thanha? Siostra pojechała do Australii. Bracia również próbowali uciec, jednak trafili do więzienia i ciągle znajdują się w Wietnamie. Thanh spotkał się ponownie ze swoją matką przed jej śmiercią. Ojciec po siedmiu ciężkich latach w obozie koncentracyjnym w wieku 46 lat załamał się.

- Spotkałam się z nim raz, zanim umarł. Nigdy nie zapomnę ostatnich słów, jakie do mnie powiedział: „Ludzie odbywają dwie podróże w życiu. Kiedy jest się młodym podróżuje się, aby odkryć świat. Kiedy się jest starszym, podróżuje się do środka i myśli o tym, co się zrobiło w życiu, analizuje się swoją duszę  i przygotowuje na następne życie”.