Mówić bez słów. Wywiad z aktorką i twórczynią Open Window Theatre w Bergen Dominiką Minkacz-Sirą

TEATR, KTÓRY TRAKTUJE DZIECI POWAŻNIE: Spektakl Den lille store reisen. Zdjęcie: Gosia Głogowska-Opyd.

 

„Powinniśmy wyznaczać granice między dobrem a złem. Spektakle mają motywować i wskazywać pewne rzeczy, ale nie mówić wprost”.

 
Tekst: Marta Tomczyk-Maryon

 

– Czym się zajmowałaś przed przyjazdem do Norwegii i jak zaczęła się twoja przygoda z teatrem?

– Skończyłam wrocławską szkołę teatralną PWST - która teraz nosi nazwę Akademii Sztuk Teatralnych - na wydziale Teatru formy. To oznacza, że jestem z wykształcenia zarówno aktorką, jak i animatorką lalek. Mówiąc dokładniej, wszystkiego, co można wziąć w ręce i poruszać na scenie: masek, lalek, przedmiotów. Teatr lalkowy wielu osobom kojarzy się z przedstawieniami dla dzieci, w których występują tylko lalki, ale w rzeczywistości jest to o wiele bogatsze. Teatr formy to również spektakle dla dorosłych, które powstają przy użyciu animacji różnych przedmiotów.

– Czym się zajmowałaś po skończeniu szkoły teatralnej?

– Gdy skończyłam szkołę, byłam bardzo na „nie” wobec pracy w teatrze.  Wynikało to z prywatnych powodów. Odstawiłam teatr trochę na bok. Poza tym byłam bardzo młoda, bo dostałam się do szkoły teatralnej od razu po liceum i gdy otrzymałam tytuł magistra miałam 22 lata. Po studiach zajęłam się muzyką, z moich chłopakiem śpiewałam elektropop. Zresztą nadal lubię śpiewać. Muzyka cały czas we mnie była i jest, gdyż mój tata jest muzykiem i kompozytorem.

Byłam rozdarta, nie wiedziałam, co chcę robić: zająć się teatrem, do czego nie byłam przekonana, czy muzyką, gdzie nie czułam się całkiem na siłach, bo byłam przekonana, że jest wielu zdolniejszych ludzi. Jednak próbowałam się rozglądać i tak trafiłam na kurs z UE dla absolwentów uczelni artystycznych „Miejsca pracy w sektorze kultury”. Mieliśmy się dowiedzieć, jak odnaleźć się w tym świecie i zarabiać na siebie. Dzięki temu kursowi pojechałam do Holandii. To pozwoliło mi zobaczyć, jak wygląda życie teatralne w tym kraju. Dostaliśmy kieszonkowe na ten wyjazd i trochę z tych pieniędzy udało mi się zaoszczędzić. W tym czasie moja siostra mieszkała w Hiszpanii. Postanowiłam, że nie wracam od razu do Polski, skoro nie mam tam pracy, że pojadę do Hiszpanii; w końcu z Holandii do Hiszpanii nie tak daleko. I pojechałam do siostry. Gdy byłam w Hiszpanii odezwała się do mnie moja przyjaciółka, która pracowała co roku na Targu Rybnym w Bergen. Zaproponowała mi wspólne zwiedzanie Hiszpanii, jednak ja już nie miałam pieniędzy. Powiedziała, że mi pożyczy i pojedziemy zwiedzić Hiszpanię, a potem zorganizuje mi pracę na Targu Rybnym w Bergen i oddam jej pieniądze. I tak się stało.

– Jak wyglądało twoje pierwsze spotkanie z Norwegią?

– Do Bergen przyjechałam na trzy tygodnie, nie mając tak naprawdę żadnych planów na życie. I wcale mi się tam nie podobało: było zimno i ciągle padało. To był wrzesień. Sprzedawałam pamiątki i nie była to szczególna praca. Na dodatek nie miałam kaloszy, stałam mokra i zastanawiałam się „Boże, co ja tutaj robię?”. Ale tak poznałam mojego przyszłego męża. Spędziliśmy ze sobą parę dni. Potem mu powiedziałam, że muszę wracać do Polski. On zapytał: „Ale czemu musisz wracać?”. Pomyślałam: „Faktycznie, czy naprawdę muszę wracać?”.  I ostatecznie wróciłam do Polski, ale…  tylko po swoje rzeczy.

– Czyli to jest historia miłosna...

– Tak, do Norwegii przywiodła mnie miłość. I tak mieszkam tu od roku 2007.

 – A jak to się stało, że pracujesz tu w swoim zawodzie i osiągasz sukcesy?

– Gdy przejechałam do Norwegii, znałam tylko język angielski, więc na początku pracowałam na Targu Rybnym, przekładałam jakieś ryby w lodówkach. Nie mogłam się w tym odnaleźć, ciągle pytałam samą siebie: „Co ja tu robię?”. Zaczęłam chodzić na kursy norweskiego, szybko nauczyłam się języka. Szkoliłam norweski, pracując w przedszkolach i rozmawiając z moją norweską rodziną. Dostałam pracę w Folkeuniversitetet jako nauczyciel języka norweskiego dla grup polskojęzycznych. W tym samym czasie dostałam również pracę w Askøy Kulturskole, czyli odpowiedniku polskiego Domu Kultury. Przez siedem lat pracowałam w tych dwóch miejscach. W tym czasie urodził się nasz syn Jonatan. Moja przyjaciółka, ta sama, która sprowadziła mnie do Bergen, powiedziała mi kiedyś: „Dominika, co ty robisz? Przecież nie jesteś nauczycielką”. Pomyślałam, że ma rację, że nie mam wykształcenia pedagogicznego. W dodatku uczę Polaków, którzy pojawiają się i znikają, a większość z nich nie ma ochoty albo czasu uczyć się języka. Tak samo było z kulturskole, gdzie pracowałam z dziećmi. Nie jestem osobą, która łatwo się załamuje, jednak wtedy naprawdę było mi ciężko. Zrozumiałam, że muszę robić to, co mi serce podpowiada i to, co jest związane z moim zawodem. Pomyślałam, że muszę wrócić do aktorstwa i zacząć wszystko do nowa. Ale jak? Przecież nie założę teatru? Zaczęłam się orientować, jak to wygląda w Norwegii. Wygląda to dosyć kiepsko: jest tu mało teatrów państwowych, niewielu aktorów ma stałe etaty. I stwierdziłam, że muszę otworzyć własny teatr. Jednak wiedziałam, że nie zrobię sama spektaklu. Jakimś zbiegiem okoliczności będąc w Polsce, poznałam reżysera teatru lalek we Wrocławiu. Zaproponowałam mu wspólne zrobienie spektaklu. Zgodził się. Nie wiedziałam kto to jest, potem się okazało, że to jeden z najbardziej znanych reżyserów młodego pokolenia, Przemysław Jaszczak. Interesował się literaturą skandynawską i powiedział, że ma pomysł na zrobienie spektaklu na podstawie książki Gro Dahle Snill. Zaczęliśmy pisać podania o pieniądze, jednak za pierwszym razem nie dostaliśmy ich. Udało się coś dostać w następnym roku, ale pokrywało to tylko nasze koszty. Jednak zdecydowaliśmy się zrobić ten spektakl. Okazał się wielkim sukcesem. Był wystawiany po norwesku w Bergen i nie tylko. Zrobiliśmy również wersję polską. Współpracowaliśmy z Wałbrzyskim Teatrem Lalek, który zrobił nam lalki i scenografię. Później bardzo często słyszeliśmy od publiczności: „Nie widzieliśmy takiego teatru”. Teatr norweski dla dzieci jest zazwyczaj tradycyjny, natomiast Przemek traktuje małego widza poważnie. Jego spektakle docierają zarówno do dzieci, jak i do dorosłych.

Spektakl Den lille store reisen. Zdjęcie: Gosia Głogowska-Opyd.

 

– Jaki spektakl zrealizowałaś po Snill?

– Zrobiliśmy komedię na podstawie książki Camilli Kuhn Greger Grinebiter. Zaprosiłam do współpracy norweskiego aktora, który jednak nie miał doświadczenia w animacji lalek. Starał się jak mógł, ale dużo czasu musieliśmy poświęcić na pracę z nim, więc trochę go zabrakło na inne rzeczy. Praca nad tym spektaklem pozwoliła mi jednak zrozumieć z kim chcę, a z kim nie chcę pracować.

– W jaki sposób bez wyrobionego nazwiska i pozycji udało ci się dotrzeć do norweskiej publiczności?

– Zaraz po premierze Snill zrozumiałam, że muszę się wszędzie „pchać”, aby zareklamować to, co robię. Zrozumiałam, że powinnam wyjść do ludzi, bo do mnie nikt nie przyjdzie. Uruchomiłam Facebook, ulotki, plakaty, emaile, wszystko, co się dało. I pewnego dnia zjawiła się na spektaklu pani dyrektor teatru DNS w Bergen oraz dramaturg. Przyszły, zobaczyły Snill i odebrało im mowę. Były przyzwyczajone do tego, że małe formaty, to są najczęściej chałtury. Zobaczyły ten malutki spektakl, w którym gram siedem ról, lalki, maski. Stwierdziły, że to było niesamowite. Później się okazało, że przygotowują dużą produkcję w DNS, czyli Den Nasjonale Scene ze znanym norweskim reżyserem Peterem Næssem. Był to spektakl dla dzieci Danny, mistrz świata na podstawie książki Roalda Dahla. Powiedziały, że będzie tam mnóstwo zwierząt, i że będą potrzebne lalki. Zaproponowały mi współpracę. Potrzebowały kogoś, kto mógłby im pomóc w nauczeniu aktorów podstaw animacji lalek. Dostałam w tym spektaklu również rolę. I wszystko to zadziałało dzięki temu, że wysyłałam te emaile w ciemno, namawiając ludzi, aby przyszli zobaczyć, to co robię. Otworzył się wtedy przede mną nowy świat: poznałam środowisko aktorskie w Bergen i całą ekipę teatralną. Wtedy poczułam, że budzi się we mnie na nowo „aktorska dusza”.

– Peter Næss to znane nazwisko w Norwegii, a Den Nasjonale Scene to prestiżowy teatr. W jaki sposób ta współpraca pomogła ci w karierze?

– Jako aktorka jestem typem komediowym. Rolę, którą dostałam zagrałam tak, że mimo, że była to postać trzecioplanowa, to wiele osób uważało, że jest najciekawsza w całym spektaklu.

– Po tym przedstawieniu okazało się, że Teatr Narodowy w Bergen robi na małej scenie spektakle dla „najnajów”, czyli spektakle dla najmłodszych dzieci. Dostałam propozycję zrobienia takiego przedatawienia.

Przemek Jaszczak podpowiedział mi wtedy Alicję Morawaską- Rubczak, która specjalizuje się w spektaklach dla małych dzieci. Alicja zgodziła się. Współpracowała z nami również Barbara Małecka, która jest scenografem i producentem w Teatrze Animacji w Poznaniu. Zrobiłyśmy razem spektakl Den lille store reisen o ptaszku kiwi, który leci w kosmos i poznaje go. To, co łączy Alicję i Przemka, to to, że traktują małego widza poważnie. W ich spektaklach dorosły pozostaje dorosłym, on tylko opowiada w pewien sposób jakąś historię. Den lille store reisen miało bardzo dobre recenzje i dlatego dostałam propozycję zrobienia kolejnego spektaklu na rok 2019. Spektakl ciągle gram, bilety są wyprzedane.

– Co jest tajemnicą sukcesu Open Window Theatre?

– Ja jestem tylko założycielką Open Window Theatre, ale zapraszam do współpracy innych, reżyserów, scenografów. Wyznaję zasadę, że nie robię czegoś, czego nie potrafię, np. nie robię scenografii, bo się na tym nie znam. Sukces Open Window Theatre jest sukcesem wszystkich ludzi, którzy to wszystko robią. Nie wspomniałam jeszcze muzyków, norweskich kompozytorów, z którymi współpracowałam. To ukłon w stronę norweskich twórców muzyki. Myślę, że Norwegowie mają jakiś talent, dar, sadzę, że norweska muzyka jest inna. Chyba płynie w nich jakaś krew Wikingów.

– Czy nie sądzisz, że zaproszenie twórców z różnych krajów do tworzenia teatralnych projektów wpływa pozytywnie na twoje projekty?

– Być może. Takie spojrzenie z perspektyw różnych kultur jest dobre.

– Jak publiczność przyjmuje twoje spektakle?

– Spotykam się z tym, że Norwedzy przyzwyczajeni do innego teatru dla dzieci, oczekują czegoś „słodkiego” i dziecinnego. Dlatego po zakończeniu moich spektakli często siedzą przez chwilę w ciszy. Są zaskoczeni, czasem im zapiera dech. To wynika też z tego, że tu w Norwegii dzieje się stosunkowo mało w dziedzinie teatru dla dzieci.

– Mam wrażenie, że dbasz o każdy szczegół spektaklu.

– To prawda mamy piękne ulotki i plakaty, trailery, zdjęcia robione przez profesjonalnych fotografów.

– Jakie są twoje plany na przyszłość? Czy zamierzasz robić nadal tylko spektakle dla dzieci?

– Będę nadal robić spektakle dla dzieci. Jednak mam wielką potrzebę zrobienia również czegoś dla dorosłych. Chciałabym, aby to był spektakl z użyciem masek. Niestety mam bardzo mało czasu, bo sama zajmuję się wszystkim sprawami związanymi z moim teatrem. Siedzę w papierach, rachunkowości i oczywiście gram spektakle. Mam również dziecko. Moim marzeniem jest otwarcie swojego teatru z własną sceną. Chciałabym mieć swoje centrum teatralne, gdzie można by prowadzić warsztaty, seminaria dla dorosłych i dzieci.

– Czy możesz skończyć zdanie: Dobry spektakl dla dzieci to…

– …spektakl, który traktuje dziecko jak normalnego człowieka. Jego forma wyrazu i estetyka powinny być na wysokim poziomie.  Spektakl nie powinien być dziecinny. Podjęty temat powinien być ważny zarówno dla dziecka, jak i dorosłego. Spektakl powinien mieć kilka płaszczyzn. Podpisuję się pod tym, że dzieci tolerują o wiele więcej niż nam się wydaje i że zasługują na wiele więcej niż dostają.

– Czy robiąc taki spektakl jak Snill myślałaś, że spełniasz jakąś rolę edukacyjną?

– Myślę, że tak. Tak powinno być. Powinniśmy wyznaczać granice między dobrem a złem. Spektakle mają motywować i wskazywać pewne rzeczy, ale nie mówić wprost. Powinny zachęcać do refleksji.

– Uważam, że forma twoich spektakli, które mocno działają na wyobraźnię sprzyja otwarciu na refleksję.

– Poprzez formę wizualną można przekazać dużo rzeczy. W ten sposób można powiedzieć o wiele więcej niż za pomocą słów.

 

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki, żeby udało ci się zrealizować twoje plany.

 

Dominika Minkacz-Sira - ukończyła wrocławską Akademię Sztuk Teatralnych na wydziale Teatru formy. W Bergen, gdzie mieszka od roku 2007, założyła Open Window Theatre. Przy współpracy z polskimi reżyserami i scenografami oraz norweskimi muzykami zrealizowała świetnie przyjęte przez norweską publiczność spektakle dla dzieci Snill (na podstawie książki Gro Dahle), Greger Grinebiter (na podstawie książki Camilli Kuhn) i autorski spektakl Den lille store reisen.

Brała również udział - jako aktorka i animatorka lalek - w projektach Teatru Narodowego w Bergen, m.in. w reżyserowanym przez Petera Næssa spektaklu Danny mistrz świata na podstawie książki Roalda Dahla. W roku 2017 Dominika otrzymała nagrodę Wybitny Polak w Norwegii w kategorii Kultura oraz nagrodę Rampeløkt za dokonania w dziedzinie teatru dla dzieci w Bergen. W ostatnim czasie rozpoczęła również współpracę z Riksteatret w Oslo.

 

 Obejrzyjcie trailery ze spektakli

Snill

 

Greger Grinebiter