Opowieść rzeźbiarza, czyli historia pomnika bł. Jerzego Popiełuszki w Norwegii. Rozmowa z Markiem Sobocińskim

Popiersie bł. Jerzego Popiełuszki znajduje się na terenie ośrodka rekolekcyjnego Mariaholm niedaleko Askim

 

19 października Kościół wspomina bł. Jerzego Popiełuszko, współczesnego męczennika i prezbitera. To dobra okazja, aby przypomnieć sobie postać tego wielkiego Polaka i poznać historię powstałego w Norwegii pomnika ks. Popiełuszki.

 

Tekst: Marta Tomczyk-Maryon Zdjęcia: ze zbiorów artysty

 

Marek Sobociński jest artystą-rzeźbiarzem, autorem pierwszego na świecie pomnika ks. Jerzego Popiełuszki. Rzeźba powstała w Norwegii bezpośrednio po wiadomości o męczeńskiej śmierci świętego w roku 1984. 

 

– Zanim przejdziemy do historii pomnika, chciałabym zapytać, jak to się stało, że znalazł się pan w Norwegii?

– Muszę się cofnąć do pierwszego okresu Solidarności w Polsce, okresu, który wspominam jako czas euforii i wielkiej nadziei. Jako plastyk związałem się z toruńską Solidarnością, a zwłaszcza z Solidarnością rolników. Zajmowałem się opracowywaniem grafiki, produkcją znaczków, itp. Po wybuchu stanu wojennego spotkały nas ataki ze strony ubecji, jednak udało nam się wynieść trochę materiałów oraz narzędzi i ulokować je w piwnicach. Ponieważ naszej działalności po wprowadzeniu stanu wojennego nie zaprzestaliśmy, doprowadziło to do wpadki. Konsekwencja była taka, że wywierano na mnie presję przez trzy dni, wożąc z aresztu do aresztu i rzucając z celi do celi. Gdy w końcu, zakutego w kajdany, wywieziono mnie do ośrodka internowania, poczułem ulgę.

 

– Paradoksalnie…

– Właśnie, a poza tym znalazłem się w fantastycznym towarzystwie. Trafiłem do ośrodka, gdzie siedzieli m.in. gdańszczanie i tam taką jednoczącą rolę odgrywał Lech Kaczyński.

Jednak w czasie mojej odsiadki znaleziono powielacze, które były przechowywane w mojej pracowni. Porównano je z matrycami, których resztki były w pracowni. Efekt był taki, że do obozu internowania przyjechali dwaj „smutni panowie”. Przedstawili mi taką alternatywę: „ramy wyroku za nielegalną działalność i publikacje wynoszą od 5 do 9 lat, ale jeśli tylko chcę, to natychmiast dostanę paszport i zostanę zwolniony, pod warunkiem, że znajdę kraj, który zechce mnie przyjąć”.

Po półrocznym internowaniu zostałem wypuszczony do domu, to była duża ulga. Oczywiście, co kilka tygodni miałem wizyty-rewizje, np. o godzinie szóstej rano lub o północy. I każda z nich kończyła się spisywaniem protokołu, który zawierał podsumowanie „dlaczego jeszcze nie wyjechał”. Po roku odpowiedziała ambasada norweska, że Szwajcaria funduje samolot, a Norwegia resztę. I tak, w lutym 1984 wylądowaliśmy razem z żoną w Norwegii, oczywiście z paszportami w jedną stronę.

 

– Jak przyjęli pana Norwedzy? Czy zaoferowali pomoc?

– Dostaliśmy darmowy kurs języka. Moją ambicją było jednak, żeby żaden Norweg nie mógł mi zarzucić, że żyję z jego podatków, więc wziąłem pierwszą pracę, jaka się nadarzyła. Zacząłem pracować w zakładzie kamieniarskim Sigvartsens Steinindustri A/S.  Jako rzeźbiarza, robota kamieniarska zawsze mnie fascynowała, nawet jeśli było to zajęcie polegające na obsłudze maszyn i cięciu parapetów. W tym czasie dojeżdżałem tylko na lekcje popołudniowe języka norweskiego. W zakładzie kamieniarskim porozumiewałem się moim słabym angielskim.

 

– Czyli nie wykonywał pan w tym czasie projektów artystycznych?

– Nie. Ale po jakimś czasie mój pryncypał zorientował się, że potrafię trochę więcej niż tylko przycinać płyty. I kiedy trafiło się zlecenie konserwatorskie, a mianowicie przekucie kamieniarskich elementów zdobniczych w pewnej kamienicy po pożarze, to mój pryncypał przyjął je, wiedząc, że będę sobie umiał z nim poradzić. Ja i żona, jako plastycy z wyższym wykształceniem szukaliśmy możliwości, aby nostryfikować nasze dyplomy. Zwróciliśmy się z tym do Akademii (Kunstakademi, która od roku 1996 nosi nazwę Kunsthøgskolen i Oslo), ale dowiedzieliśmy się, że robi to uczelnia w Trondheim, wtedy jeszcze nie Politechnika. Akademia, do której zwróciliśmy się, choć nie mogła dokonać nostryfikacji dyplomów, to przyjrzała się naszym dokumentom. Powiedzieli nam, że jako uchodźcy możemy się starać o studium podyplomowe. Mamy dla nich dużo wdzięczności, bo dzięki temu dostaliśmy roczne stypendium, które otwierało nam drzwi do różnych poważniejszych zajęć. Łączyłem pracę w Akademii z pracą w zakładzie kamieniarskim. Ponieważ było to studium podyplomowe, nie obowiązywał mniej ścisły program. Zostałem przydzielony pod opiekę profesora Boge Berga, znakomitego rzeźbiarza i ówczesnego profesora na Akademii. 

 

 

Kiedy okazało się, że ks. Popiełuszko przepadł, wszyscy zamarliśmy z przerażenia,  30 października znaleziono jego zwłoki i wtedy pomyślałem, że on się wpisuje w moją serię męczenników, że jest kolejnym. 

 

– Czym się pan zajmował podczas tego rocznego stypendium?

– Profesor zostawił mi wolną rękę, a ja zaproponowałem zrobienie serii rzeźb Świętych Męczenników. Pomyślałem sobie, że ta praca będzie „plastrem”, sposobem na przerobienie traumy z jaką przejechałam do Norwegii. Nie miałem wtedy skrystalizowanej wizji, ale chciałem wyrzeźbić św. Wawrzyńca i Szczepana. Jednak, kiedy zabrałem się za ten projekt okazało się, że pod moim rodzinnym Toruniem został porwany ksiądz Jerzy. Co prawda nie miałem okazji poznać go osobiście, ale wówczas, w stanie wojennym i w okresie Solidarności krążyły taśmy z nagraniami jego kazań i broszurki z tekstami. To była postać niezwykle ważna. Kiedy okazało się, że przepadł, wszyscy zamarliśmy z przerażenia, i to trwało długo - chyba około miesiąca.  30 października znaleziono jego zwłoki i wtedy pomyślałem, że on się wpisuje w moją serię męczenników, że jest kolejnym.  Odłożyłem wszystkie zaczęte projekty, aby zająć się tym jednym.

 

– Czy na początku pracy nad projektem myślał pan, gdzie pomnik miałby stanąć i jaką rolę może spełniać dla Polaków w Norwegii?

– W tym czasie istniało w Norwegii opozycyjne środowisko polskie, pomyślałem, że taki pomnik mógłby spełniać rolę jednoczącą to środowisko. Od początku chciałem stworzyć rzeźbę, którą będzie można wykorzystać i podstawić, tak, aby Polacy uznali ją za swój symbol.

 

 

 

– Jak przebiegały prace nad projektem, czy ktoś się nim zainteresował, udzielił panu pomocy?

– Gdy pracowałem nad projektem spotkałem się z dużą sympatią mojego pryncypała Sigvartsena z zakładu kamieniarskiego, gdzie byłem zatrudniony. Gdy Polacy zaczęli zbierać pieniądze na odlew z brązu, sam wyłożył parę tysięcy koron na ten cel. Po prostu wyciągnął tę gotówkę z kasy i dał mi. Ze strony polskiej projekt był wspierany przez Stowarzyszenie Kultura, którego ówczesnym prezesem był Jacek Janiszewski. Na początku stycznia miałem już skończony gipsowy odlew, przyniosłem go i dałem im.  Stowarzyszenie miało wolną rękę i mogło nim dysponować. Wtedy uważałem, że tak będzie lepiej: znali środowisko, wiedzieli jak tę sprawę promować. Potem Mszę świętą w tej intencji odprawił ksiądz Wiesław Kowal i ogłosił, że będziemy zbierać na odlew z brązu.

 

– Co się później działo z pomnikiem?

– Tutejsza odlewnia brązownicza Kristiania Kunst- og Metallstøperi - która notabene została założona w dziewiętnastym wieku przez Ernesta Poleszyńskiego z Krakowa - wykonała odlew po kosztach. Natomiast Sigvartsen zaoferował cokół do ustawienia posągu. Zacząłem się więc kontaktować z miejscowymi urzędami, aby znaleźć jakąś lokalizację. Równocześnie Stowarzyszenie Kultura i kościół dyskutowali o tym, gdzie i jak ustawić posąg. Pamiętam, że zwrócono się do biskupa - wówczas był to biskup Gerhard Schwenzer - z prośbą o miejsce tuż przy katedrze św. Olafa, jednak on odpowiedział negatywnie, co jest dla mnie zrozumiałe. Wytłumaczył odmowę tym, że gdyby Polacy sobie postawili własny pomnik, to zaraz również inne nacje chciałyby zrobić to samo. 

 

 

Madonna marmurowa dla zakonu karmelitanek „Totus Tuus” w Tromsø

 

– A czy pan miał w tym czasie jakieś upatrzone miejsce na ulokowanie pomnika?

– Ja widziałem go naprzeciwko cmentarza Zbawiciela (Vår Frelsers gravlund). Jest tam jest taki placyk.

 

– Jak przebiegały dyskusje nad lokalizacją pomnika?

– Zabierając głos w tej sprawie, od początku podkreślałem - i tego trzymam się do dzisiaj - że nie wszyscy Polacy, zwłaszcza na emigracji, to są katolicy. Ale gdybyśmy mieli w jakimś neutralnym miejscu pomnik polskiego męczennika i na 11 listopada moglibyśmy tam postawić polskich harcerzy i powiedzieć dzieciakom, co się w Polsce działo, to miałoby to jakiś sens.

Rzeźba została odlana wiosną `85 roku. Dotarłem do biura sztuki w urzędzie miejskim, gdzie spotkałem życzliwego pana, który powiedział, że ten pomnik wpisuje się znakomicie w ówczesne plany miasta. W tym czasie moja koleżanka rzeźbiarka wygrała konkurs na pomnik Sigrid Undset, który miał być ulokowany na placyku na Theresesgate przed stadionem Bislett.  Ta lokalizacja nie bardzo jej się jednak podobała i ostatecznie wybrała park na górze (Stensparken) i tam ta rzeźba stanęła. Natomiast mieszkańcy, którzy liczyli, że będą mieć ładny pomnik na tym skwerku poczuli się trochę rozczarowani, i wtedy usłyszałem od tego pana, że jeśli miasto nie musi kupować rzeźby, to chętnie przydzieli nam tę lokalizację. Pobiegłem z tą informacją do Stowarzyszenia Kultura, ale - jak już powiedziałem - byłem na tyle nierozsądny, że im tę rzeźbę wcześniej podarowałem. Znaczyło to, że nie pozbywając się prawa autorskiego, pozbyłem się prawa do dysponowania rzeźbą. Niestety nie udało się dojść do porozumienia i, mimo że mieliśmy lokalizację, cokół i gotowy pomnik, zabrakło chyba dobrej woli i rzeźba ostatecznie wylądowała w piwnicy u jednego pana. Po roku chciałem zrobić zdjęcie mojej pracy do swojej dokumentacji, dowiedziałem się więc, gdzie to jest i pojechałem. Pomnik leżał w piwnicy, a ten pan wrzucił na niego zimowe koła...

 

 

Marmurowa kompozycja Samson i Dalida

 

–  A jednak, na szczęście, udało się ten pomnik wyciągnąć i dzisiaj stoi on na terenie ośrodka rekolekcyjnego Mariaholm. Jak do tego doszło?

– W pewnym momencie, a był to rok `86, ktoś wpadł na pomysł, że możemy ten pomnik postawić w ośrodku diecezjalnym na wsi. Jednak trzeba to było jakoś fizycznie zrobić. Ktoś to musiał wykonać. Ostatecznie zrobiłem to osobiście z dwójką moich przyjaciół, którzy przyjechali do Norwegii na roboty budowlane. W jeden weekend zamontowaliśmy rzeźbę i stoi tam do dzisiaj - na Mariaholm.

 

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 w małej wiosce na Podlasiu. W roku 1965 wstąpił do seminarium w Warszawie. Święcenia kapłańskie otrzymał 28 maja 1972 roku z rąk prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. W latach 1978-1980 sprawował posługę kapłańską w parafii Dzieciątka Jezus na Żoliborzu w Warszawie, a następnie przeniesiono go do kaplicy Res Sacra Miser na Krakowskim Przedmieściu, gdzie został duszpasterzem środowiska medycznego. W swojej pracy od początku ujawniał talenty organizatorskie, odwagę w głoszeniu poglądów i otwarcie na ludzi. Mimo słabego zdrowia wykazywał wielką aktywność i poświecenie w swojej posłudze. W maju 1980 został rezydentem parafii pw. Św. Stanisława Kostki w tym samym mieście. W okresie powstawania „Solidarności” i strajków sierpniowych kościół św. Stanisława Kostki stał się jednym z ważniejszych w Warszawie miejsc spotkań robotników. Po ogłoszeniu stanu wojennego ks. Jerzy nadal głosił kazania, w których mówił o konieczności prawdy, uczciwości i miłości bliźnich w życiu społecznym. Jeden z biografów ks. Jerzego nazwał go „nie dającym się uciszyć głosem prawdy”. Bezkompromisowy duchowny stał się niebezpieczny dla komunistycznej władzy, zaczęto go zastraszać, a następnie wytyczono przeciwko niemu śledztwo. Gdy ataki się nasiliły w środowisku kościelnym pojawił się pomysł, aby ochronić księdza, wysyłając go na studia do Rzymu. Popiełuszko jednak nie skorzystał z tej propozycji.

19 października 1984 po Mszy św. w Bydgoszczy, w drodze powrotnej do Warszawy, ks. Popiełuszko został uprowadzony przez trzech funkcjonariuszy SB, członków Samodzielnej Grupy „D” (od słowa dezintegracja) Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Od tego momentu ślad po księdzu się urwał.  Po upływie tygodnia (30 października) z zalewu koło tamy we Włocławku wyłowiono ciało ks. Jerzego. Sekcja zwłok wykazała, że ks. Popiełuszko był bity i maltretowany ze szczególnym okrucieństwem. Sterowany przez komunistów proces, na którym osądzono sprawców morderstwa trwał od 27 grudnia 1984 r. do 2 lutego 1985 r. przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu w obecności specjalnie zebranej „publiczności”, złożonej w większości z funkcjonariuszy SB i oddanych władzy dziennikarzy. Zakończył się wyrokami skazującymi. G. Piotrowski i A. Pietruszka dostali po 25 lat pozbawienia wolności, L. Pękala - 15, a W. Chmielewski - 14 lat. Wszyscy skazani wyszli z więzienia przed upływem kary. Pękala opuścił więzienie po 5 latach, Chmielewski po 8, Pietruszka po 10, Piotrowski po 16 latach.

Zaraz po śmierci księdza Jerzego Popiełuszki wśród wiernych zaczęło narastać przekonanie, że był męczennikiem, który zginął z powodu wyznawanej wiary w Jezusa Chrystusa.

6 czerwca 2010 ks. Jerzy Popiełuszko został beatyfikowany. Uroczystościom beatyfikacyjnym, które odbyły się w Warszawie przewodniczył legat papieski abp Amato.

20 września 2014 roku rozpoczął się proces kanonizacyjny.

 

 

Marek Sobociński (ur. 1948) - artysta rzeźbiarz. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Toruniu na wydziale rzeźby w pracowni Barbary Danuty Strynkiewicz. W latach 80.  związany z toruńską Solidarnością. W okresie stanu wojennego był internowany, a następnie zmuszony do wyjazdu z Polski. Do Norwegii przyjechał w roku 1984 razem z żoną, malarką Ewą Sobocińską. Pracował tu początkowo w zakładzie kamieniarskim, a następnie rozpoczął działalność jako artysta i wykładowca wyższych uczelni artystycznych: Høgskolen i Oslo (dzisiaj OsloMet) i na Universytecie w Tromsø. W Moss współtworzył szkołę artystyczną Mølla Kunstskole.

 

Jest autorem wielu dzieł sztuki sakralnej w Norwegii i w Polsce. Poza pomnikiem ks. Popiełuszki są to m.in. rzeźby: Matki Boskiej i św. Jana do kościoła św. Brygidy we Fredrikstad, Madonny marmurowej dla zakonu karmelitanek „Totus Tuus” w Tromsø.

Za swoje główne rzeźbiarskie dzieło uważa on kompozycję marmurową z roku 1991 pt. Samson i Dalida.

Jest również autorem unikatowego, opartego na konstrukcji stavkirke i wykonanego przy użyciu nowoczesnych materiałów projektu kościoła w Askim.

 

 

 Poniżej możesz zobaczyć plakat w języku norweskim na temat pomnika i błogoslawionego. Został on przygotowany przez Ewę Bivand.