Święty na miarę naszych czasów: Maksymilian Kolbe

 

 

14 sierpnia wspominamy świętego, który dla wielu ludzi jest dowodem heroizmu i wielkiej miłości bliźniego. Święty Maksymilian Maria Kolbe jest również odpowiedzią dobra na największą  potworność XX wieku - obozy koncentracyjne.

 

 

Tekst: Marta Tomczyk-Maryon Zdjęcia: Niepokalanów.pl

 

 

Mundziu, co z ciebie będzie?

Maksymilian Maria Kolbe urodził się 8 stycznia 1894 roku w Zduńskiej Woli. Na chrzcie otrzymał imię Rajmund. Jego rodzice Juliusz i Marianna pracowali jako tkacze. Po krótkim pobycie w Łodzi rodzina zamieszkała w Pabianicach. Rajmund miał czworo braci, z których dwóch młodszych zmarło w dzieciństwie. Dzieci uczyły się w domu, tu otrzymały również wychowanie chrześcijańskie i patriotyczne. Rodzice rozbudzili w małym Rajmundzie  wielką miłość do Najświętszej Maryi Panny i wolę Maryjnej rycerskości, połączonej z miłością do Ojczyzny - Jej królestwa.

Kiedy chłopiec miał 10 lat objawiła mu się Maryja Panna, która trzymała w rękach dwie korony: białą (symbol czystości) i czerwoną (symbol męczeństwa).

Matka Rajmunda, Marianna Kolbe (na zdjęciu obok) tak wspominała to wydarzenie po latach:

„Jednego razu coś mi się u niego nie podobało i powiedziałam mu: Mundziu, nie wiem, co z ciebie będzie. Potem już o tym nie myślałam, ale zauważyłam, że dziecko to zmieniło się do niepoznania. (...) W ogóle w całym swym zachowaniu się był on ponad swój wiek dziecinny, zawsze skupiony, poważny, a na modlitwie zapłakany. Byłam niespokojna, czy czasem nie jest chory, więc pytałam się go: Co się z tobą dzieje? Zaczęłam więc nalegać. Mamusi musisz wszystko opowiedzieć. Drżący ze wzruszenia i ze łzami mówi mi: 

Jak mama mi powiedziała, „co to z ciebie będzie”, to ja prosiłem Matkę Bożą, żeby mi powiedziała, co ze mnie będzie. I potem, gdy byłem w kościele, to znowu Ją prosiłem. Wtedy Matka Boża pokazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą, a drugą czerwoną. Z miłością na mnie patrzała i spytała, czy chcę te korony? Biała znaczy, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”.

 

Ojciec Maksymilian

Gdy Rajmund skończył 13 lat podjął naukę w Małym Seminarium Duchownym Ojców Franciszkanów we Lwowie, a następnie wstąpił do zakonu franciszkanów konwentualnych. W zakonie przyjął imię Maksymilian. Następnie przez siedem lat (1912-1919) studiował w Rzymie, gdzie zrobił doktorat z filozofii na Uniwersytecie Gregorianum i następnie z teologii na Wydziale Teologicznym Ojców Franciszkanów Seraphicum.

W październiku 1917 założył stowarzyszenie Rycerstwo Niepokalanej (MI). Od tej pory idea Rycerstwa, całkowitego oddania się Niepokalanej, przenikała wszystkie jego działania. W kwietniu 1918 przyjął święcenia kapłańskie.

 

Niezłomny rycerz Niepokalanej

Po powrocie do Polski o. Maksymilian poświęcił się intensywnej pracy duszpasterskiej. Warto dodać, że tę nadzwyczajną aktywność wykazywał człowiek poważnie chory na gruźlicę, którego przełożeni niejednokrotnie w trosce o jego życie starali się oszczędzać.

Maksymilian zorganizował pierwsze koła Rycerstwa Niepokalanej (MI). Na początku roku 1922 zaczął wydawać czasopismo „Rycerz Niepokalanej”, a w 1927 w Teresinie pod Warszawą na ziemiach ofiarowanych przez księcia Jana Druckiego-Lubeckiego założył klasztor i wydawnictwo Niepokalanów. Dzieło o. Maksymiliana nadzwyczajnie się rozrastało.

On jednak wraz z kilkoma braćmi zdecydował się na wyjazd do Azji, aby tam szerzyć kult Matki Bożej. W roku 1930 znalazł się w Japonii, gdzie został tu życzliwie przyjęty przez biskupa Nagasaki. Nieznajomość języka nie przeszkodziła mu  w wydawaniu japońskiej wersji „Rycerza”. Wkrótce na peryferiach miasta wybudował klasztor, który nazwał Ogrodem Niepokalanej. Wielu Japończyków przeszło na katolicyzm, niektórzy wstąpili do seminarium, które powstało z inicjatywy polskich zakonników. Japoński „Rycerz Niepokalanej" osiągnął imponujący nakład 50 tysięcy egzemplarzy.

 

 

Wszystko dla Niepokalanej

W roku 1936 zgodnie z wolą przełożonych o. Maksymilian wrócił do Polski, aby kontynuować swoje dzieło w ojczyźnie. Był to największy rozkwit Niepokalanowa - żyło tam ok. 800 zakonników, a „Rycerz Niepokalanej" był wydawany w nakładzie 750 tysięcy egzemplarzy. Warto dodać, że takiego nakładu nie osiąga obecnie żadna ogólnopolska gazeta w Polsce.

Maksymilian był nie tylko człowiekiem wiary, ale osobą otwartą na nowości techniczne. W roku 1936 pojechał po raz pierwszy do Berlina do telewizji, aby zapoznać się z tym nowym medium; w przyszłości zamierzał wykorzystać je dla swego dzieła. W Niepokalanowie już od roku 1938 działała już radiostacja, planowano nadawanie regularnych audycji radiowych. Wydawano również „Mały Dziennik”, katolickie pismo codzienne na całą Polskę, który drukowali bracia w Niepokalanowie. 

 

 

Numer obozowy 16670

Wybuch II wojny światowej oznaczał dla Niepokalanowa i o. Maksymiliana konieczność dostosowania się do nowych, trudnych warunków. Przyjął je z „heroicznym poddaniem się woli Bożej”. Otworzył bramy klasztoru dla uciekinierów, rannych, chorych, głodnych, chrześcijan i Żydów. „Jesteśmy gotowi oddać życie za nasze ideały” - deklarował z odwagą.

Dla Niemców istnienie Niepokalanowa było niewygodne. I dlatego już we wrześniu o. Maksymilian został wywieziony z braćmi do obozów na tereny Niemiec. Został zwolniony z obozu w Ostrzeszowie w uroczystość Niepokalanego Poczęcia. 17 lutego 1941 r. został ponownie aresztowany przez gestapo i przewieziony na Pawiak, a 28 maja do Auschwitz. Otrzymał tu numer obozowy 16670. W obozie o. Maksymilian był wiele razy bity i katowany.

Współwięźniowie zapamiętali go jednak jako człowieka pełnego wiary i podnoszącego innych na duchu. Jeden z nich wspominał:

„Umacniał nasze dusze i sprawiał, że mieliśmy więcej ufności w Bogu i osłabiał nasz lęk przed śmiercią...

Pamiętam jak mówił: Ja nie boję się śmierci; boję się grzechu. Zachęcał nas, aby nie bać się śmierci i aby mieć na sercu zbawienie naszych dusz. Mówił, że jeśli nie będziemy obawiać się niczego, oprócz grzechu, modląc się do Chrystusa i szukając wstawiennictwa Maryi, poznamy pokój. Potem ukazywał nam Chrystusa, jako jedyne pewne oparcie i jedyną pomoc, na którą mogliśmy liczyć.

Widzieliśmy jak on sam oddawał całe swoje życie, przeżywane w obozie koncentracyjnym, w ręce Boga: całkowicie się mu powierzał, miłując Chrystusa i Matkę Bożą ponad wszystko i przekonywał nas poprzez tę miłość. Naprawdę wydawało się, że nie ma większej siły od tej, która od niego emanowała”.

 

 

 

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”

W lipcu 1941 jednemu z więźniów obozu udało się uciec. W odwecie za to Niemcy zarządzili tzw. wybiórkę - wskazanie dziesięciu innych na śmierć głodową. Jednym z nich był Franciszek Gajowniczek, który po latach tak wspominał ten dzień:

„Nieszczęśliwy los padł również na mnie. Ze słowami: Ach, jak żal mi żony i dzieci, które osierocam - udałem się na koniec bloku. Miałem iść do celi śmierci głodowej. Te słowa słyszał o. Maksymilian Kolbe. Wyszedł z szeregów, zbliżył się do Lagerfuhrera Fritzscha i usiłował ucałować jego rękę. Fritzsch zapytał tłumacza: Czego życzy sobie ta polska świnia? O. Kolbe wskazując ręką na mnie, wyraził swoją chęć pójścia za mnie na śmierć. Fritzsch ruchem ręki i słowem niech wyjdzie, kazał mi wystąpić z szeregu skazańców, a moje miejsce zajął o. Maksymilian Kolbe. Za chwilę odprowadzono ich do celi śmierci, a nam kazano rozejść się na bloki...

Ostatnie dni w bunkrze głodowym były największym świadectwem miłości. Wspominał to inny więzień obozu Bruno Borowiec, tłumacz Bloku śmierci w Auschwitz:

„W bunkrze znajdował się o. Kolbe do naga rozebrany i czekał na śmierć głodową. Zaduch był straszny, posadzka cementowa, tylko wiadro na potrzeby naturalne. Ojciec Kolbe nigdy nie narzekał. Głośno się modlił tak, że i jego współtowarzysze mogli go słyszeć i razem z nim się modlić.

Z celi, w której znajdowali się ci biedacy, słyszano codziennie głośne odprawianie modlitw, różańca i śpiewy, do których przyłączali się też więźniowie z sąsiednich cel.

Umarł po dwóch tygodniach zgładzony zastrzykiem fenolu. Ojciec Kolbe umiał pocieszyć ludzi. Współwięźniowie narzekali i w rozpaczy krzyczeli i przeklinali. Po jego słowach uspokajali się. Gdy miałem jego ciało z celi wynieść, siedział na posadzce oparty o ścianę i miał oczy otwarte. Jego ciało było czyściutkie i promieniowało. Jego twarz oblana była blaskiem pogody. Wzrok o. Kolbe był zawsze dziwnie przenikliwy. SS-mani go znieść nie mogli i krzyczeli: Patrz na ziemię, nie na nas! Pewnego razu podziwiając jego męstwo za życia mówili między sobą: Takiego klechy jak ten nie mieliśmy tu jeszcze. To musi być nadzwyczajny człowiek”.

 

Znak naszej epoki

Maksymilian Kolbe zmarł 14 sierpnia 1941 w celi śmierci w Auschwitz. Po dwóch tygodniach od skazania na śmierć głodową został dobity zastrzykiem fenolu. Następnego dnia jego ciało zostało spalone w krematorium.

Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 roku w wieku 94 lat.

Św. Jan Paweł II kanonizował o. Maksymilliana 10 października 1982 roku. Ogłosił go również Męczennikiem z miłości. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.

 

 

Św. Maksymilian Kolbe  bywał nazywany wyrazistym znakiem naszej epoki.

„To krótkie stosunkowo życie jest syntezą i zarazem jakby zwierciadłem, w którym epoka ta znajduje swe wielostronne odbicie. Współczesny syn św. Franciszka z Asyżu umiał wspaniale połączyć zamiłowanie do ubóstwa z nowoczesnym rozmachem apostolskim i misyjnym. Kościół może w nim, twórcy polskiego i japońskiego Niepokalanowa, widzieć patrona tego apostolstwa, które śmiało posługuje się nowoczesnymi środkami przekazu, przede wszystkim prasą i publicystyką. Jeśli życie o. Maksymiliana tak wyraźnie stało pod znakiem naszych czasów, to cóż powiedzieć o jego śmierci - o tej śmierci w bunkrze głodowym poniesionej za brata?”.

(Karol Wojtyła, Znak naszej epoki, artykuł zamieszczony w krakowskim „Tygodniku Powszechnym” z okazji beatyfikacji O. Maksymiliana Kolbego)

 

„Pytając o motywy, można stwierdzić, że Maksymilian Kolbe przez swoją śmierć w obozie koncentracyjnym, w bunkrze głodowym, potwierdził w jakiś szczególnie wymowny sposób dramat ludzkości dwudziestego stulecia. Jednakże motywem głębszym i właściwym wydaje się to, że w tym kapłanie-męczenniku w jakiś szczególny sposób przejrzysta staje się centralna prawda Ewangelii: prawda o potędze miłości”.

(Jan Paweł, II Homilia w czasie Mszy św. Niepokalanów, 18.06. 1983 r.)

 

Tu znajdziesz Litanię do Świętego Maksymiliana 

Tu zapoznasz się z życiorysem świętego w układzie chronologicznym