Nad Bożym Słowem. XXIII Niedziela okresu zwykłego (2019)

Całe nasze życie można by przyrównać do wielkiego placu budowy... Budujemy nasze życie, dokładając każdego dnia kolejne elementy. 

 

 
Tekst: ks. Marcin Zych (St. Paul kirke, Bergen)

 

Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. To ostatnie zdanie jakie słyszymy w dzisiejszym fragmencie Ewangelii. I pewnie wielu słysząc takie słowa, pomyśli sobie, że trzeba się wszystkiego pozbyć, wyrzec, zostawić. Myślę jednak, że tego fragmentu nie możemy sobie przybliżyć, bez odniesienia do tego, co słyszeliśmy w ubiegłą niedzielę. Wtedy Jezus mówił nam bardzo wyraźnie o pokorze, która jest przeciwieństwem choroby pychy, jaka dotyka nasze serce. Dzisiaj idziemy krok dalej.

Całe nasze życie można by przyrównać do wielkiego placu budowy. Jest przecież w życiu czas kładzenia fundamentów, czyli etap, kiedy jako dzieci jesteśmy prowadzeni przez naszych rodziców i ukierunkowywani na właściwe wartości. Jest czas, kiedy sami zaczynamy gromadzić materiały pod przyszłą budowę, to okres naszej nauki, studiów. Bóg stawia wtedy na tej naszej drodze różnych ludzi, którzy przychodzą nam z pomocą, wskazują, jakie materiały są najlepsze, w jakim kierunku warto iść, w co zainwestować. Następnie przychodzi czas, kiedy zaczynamy budować. Często na początku sami, a potem razem ze współmałżonkiem. Budujemy nasze życie, dokładając każdego dnia kolejne elementy. Kiedy w rodzinie przychodzą na świat dzieci, znów to nasze budowanie nabiera innego charakteru. Budujemy sami, ale jednocześnie już kładziemy fundament pod przyszłe budowanie kolejnego pokolenia. Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Myślę, że wielu z nas, jeśli choć raz zetknęło się w życiu z jakimś poważnym remontem, albo budową, dobrze wie, że potrzeba w tym wszystkim pokory, o której była mowa tydzień temu, ale potrzeba też poświęcenia i wyrzeczenia, o czym mówi nam Jezus dzisiaj. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby położył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: „Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć.

W całym tym budowaniu jest jeszcze jedna ważna kwestia, o której w Ewangelii słyszymy dziś aż trzykrotnie. Jezus mówi o byciu: uczniem.

To jest chyba jedna z najtrudniejszych kwestii, która nas dotyka. Bo przecież wolelibyśmy być nauczycielami a nie uczniami. I zobaczmy, że często tak właśnie w naszym życiu jest, że nauczanie wychodzi nam nieźle, natomiast bycie uczniem wydaje nam się być czymś, czego staramy się unikać. Oczywiście nie mówię tutaj o wiedzy, bo z tym chyba nie ma większego problemu. Wielu ludzi podejmuje różnego rodzaju kursy, żeby podnosić swoje kwalifikacje. I dobrze, że tak jest, bo przecież rozwój jest wpisany w naturę człowieka. Gorzej jest z byciem uczniem w wymiarze ducha, czyli stania się takim uczniem, o jakim mówi Jezus.

Może się niestety wydarzyć tak, jak słyszymy dzisiaj: jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Zauważmy, że Jezus mówi tu nie o tych, którzy są daleko, którzy nie przejmują się Jego obecnością. On mówi o tych, którzy przychodzą do Niego. Czyli o mnie i o Tobie. Czy zatem mam mieć w sercu nienawiść do najbliższych? Do rodziców? Do samego siebie? Ten tekst bynajmniej wcale nie wskazuje na nienawiść jako uczucie. Nienawiść jest tutaj ukazana jako postawa oderwania, właśnie nawet od samego siebie, może od swojego egoizmu, wygodnictwa, czegokolwiek. I właśnie to oderwanie ma sprawić, że stanę się uczniem. Tzn. uznam, że nie wszystko wiem, nie wszystko potrafię, że potrzebuję kogoś, kto wskaże mi drogę i mnie poprowadzi.

Zwróćmy uwagę, że Jezus, kiedy powoływał zawsze mówił: pójdź za mną. Idź po moich śladach. Ta droga jest bezpieczna. Niestety my często chcemy po swojemu. Już chcemy budować, choć nie mamy na wykończenie. Stajemy do walki z naszym odwiecznym wrogiem, czyli grzechem, który przychodzi jak owa ewangeliczna wielka armia. I niestety często zaczynamy się z nim układać. Ile razy mówimy: taki już jestem, tego nie zmienię itd., a Jezus mówi: nie możesz być moim uczniem.

Powróćmy zatem do tego, co mamy dziś zapisane w pierwszym czytaniu: Któż poznał Twój zamysł, gdy nie dałeś Mądrości, nie zesłałeś z wysoka Świętego Ducha swego? Tu jest nasza siła. Moc Bożego Ducha, który został nam dany już na chrzcie świętym. Jego pełnia została nam udzielona w sakramencie bierzmowania. A zatem nie jesteśmy pozostawieni samym sobie, zdani na łaskę bądź niełaskę innych ludzi. Mamy w sobie moc Bożą, która nieustannie nas podtrzymuje w naszym budowaniu. Bóg daje swoje światło, by nasze budowle były piękne. To my często myślimy, że budowanie w ciemności będzie lepsze, że taka budowla będzie bardziej nowoczesna. Niestety, jak mówi Ewangelia, dom budowany na piasku, bez fundamentu,  trochę na szybko, tak, „żeby tylko było”; ten dom niestety pod wpływem burz, wezbranych potoków runął, a upadek jego był wielki.

Jezus nie obiecuje nam łatwej drogi. Ona jest trudna, stawia wymagania, ale cel tego chodzenia za Nim, tego wyrzekania, odwracania się od tego, co posiadamy, żeby budować życie wieczne, wart jest tego.

Ta niedziela to także święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W naszej polskiej kulturze zwane jest świętem Matki Bożej siewnej. Zobaczmy, jak pięknie wpisuje się postać Maryi w czytaną dziś Ewangelię. Odrzuciła wszystko, co posiadała. Naraziła swoje życie, ale została wierna Bogu. Nagrodą, tego Jej pięknego budowania jest to, że dzisiaj nazwana jest Królową nieba i ziemi.

Ziarno pod nowy zasiew, które święci się dziś w Kościele, gdyby nie „zrezygnowało” z siebie nie przyniosłoby plonu, ale ponieważ, jak czytamy w Ewangelii, obumiera przynosi plon.

Puentą niech będą dziś słowa, pewnej piosenki, którą znalazłem jednym z oazowych śpiewników:

Jak w uczniowskim zeszycie
jakieś trudne zadanie,
takie dziwne jest życie
wielki znak zapytania:
Co jest najważniejsze,
co jest najpiękniejsze,
co prawdziwe, jedyne, największe,
za co warto życie dać?
Każdy musi odnaleźć 
swoją własną odpowiedź.
Tylko ten jest szczęśliwy
kto dowiedział się raz:
Noszę krzyżyk maleńki,
jak przyjaciel jest ze mną.
Tylko jedno spojrzenie 
i na pewno już wiem:
Kochać co dzień od nowa,
kochać co dzień goręcej,
co dzień być blisko Boga,
razem z Nim iść przez świat:
To jest najważniejsze,
to jest najpiękniejsze,
to prawdziwe, jedyne, największe,
za co warto życie dać.