Nad Bożym Słowem. XXIV Niedziela okresu zwykłego (2019)

Jest jednak coś co powinno napełnić nasze serce radością. Ojciec czeka. Chce nas na nowo uczynić synami

 

 

 

Tekst: ks. Marcin Zych (St. Paul kirke, Bergen)

 

Kolejna niedziela i kolejne pochylenie się nad Słowem Boga, które jest nam dane jak „instrukcja obsługi” naszego życia. Świadomie odwołuję się już na samym początku do pojęcia „instrukcji obsługi”, bo jeżeli przez ostatnie tygodnie słuchaliśmy niedzielnych czytań a szczególnie Ewangelii, to zauważymy, że zawarte w ostatnie dwie niedziele wskazania, prowadzą nas do rozumienia dzisiejszego Słowa. W ostatnim czasie Bóg niczym w instrukcji dawał nam bardzo konkretne wskazania dotyczące naszej postawy zarówno wobec Niego, ale także wobec samego siebie i drugiego człowieka. Każdy z nas, kto czytał w swoim życiu jakąkolwiek instrukcję obsługi, wie dobrze, że nie ma w niej wielkich naukowych opisów czy filozoficznych dialogów. Podobnie Bóg

 mówi do nas: Jeśli cię ktoś zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by przypadkiem ktoś znamienitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: „Ustąp temu miejsca”, a wtedy musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. A gdy przyjdzie ten, który cię zaprosił, powie ci: „Przyjacielu, przesiądź się wyżej”. I spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Tydzień temu usłyszeliśmy: Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie dźwiga swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Wskazania są konkretne. Nie ma tutaj zawiłych tłumaczeń zamiast tego proste: nie zajmuj pierwszego miejsca, idź zajmij ostatnie. I podobnie w drugim fragmencie: chcesz być uczniem? To idąc za mną bierz swój krzyż. Znów konkretne wskazanie, „instrukcja obsługi” naszego chrześcijańskiego życia. Na czym polega nasz problem? Niestety często bywa tak, że my tej instrukcji obsługi po prostu nie czytamy. A nawet jeśli, jest ona nam czytana, to nie bierzemy sobie jej do serca. Oczywiście potem jesteśmy zdziwieni, że to nasze życie „nie działa”, że jest w nim masę konfliktów, niepokoju. Zastanawiamy się skąd biorą się te problemy. Niektórzy mówią, że to wina innych, zrzucają to na czasy, w których żyją. Jednak niestety musimy przyznać, że bardzo często winą za taki stan rzeczy obarczamy po prostu samego Boga.

I w ten sposób dochodzimy do Słowa, które jest nam dane w tę niedzielę. W pierwszym czytaniu z Księgi Wyjścia mamy opisaną sytuację, kiedy Mojżesz rozmawia z Bogiem na Synaju, a naród, który przecież dopiero doświadczył Bożej mocy w chwili wyjścia z Egiptu; teraz ten sam naród stawia sobie złoty posąg cielca i mówi: Izraelu, oto twój bóg, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej. Wystarczyła chwila, odrobina wolności, by odwrócić się od Boga i kłaniać jakiemuś cielcowi. Niezwykłe w tym tekście jest to, że Mojżesz nie usprawiedliwia tych ludzi, ale, błagając o litość, przywołuje wielkie Boże obietnice: Wspomnij na Abrahama, Izaaka i Izraela, Twoje sługi, którym przysiągłeś na samego siebie, mówiąc do nich: „Uczynię potomstwo wasze tak licznym jak gwiazdy niebieskie, i całą ziemię, o której mówiłem, dam waszym potomkom, i posiądą ją na wieki. Wówczas to Pan zaniechał zła, jakie zamierzał zesłać na swój lud. Bóg nie ukarał tego ludu, bo Jego plan Zbawienia był inny. On już wiedział, że grzech ten zostanie zniszczony na drzewie Krzyża.

Czytana dzisiaj Ewangelia przynosi nam trzy przypowieści: o zagubionej owcy, o drachmie i o Synu Marnotrawnym.  Wszystkie te trzy przypowieści łączy jedna kwestia, a mianowicie szukanie: jednego. Wydawać by się mogło, że to mało roztropne zostawiać całe stado, by szukać jednej owcy, albo zbyt kosztowne, by dla szukania jednej, niewielkiej drachmy poświęcić kilka godzin pracy. Ojciec z trzeciej przypowieści też mógł powiedzieć sobie: zostałem upokorzony przez mojego syna, odrzucony przez niego, wręcz uznany za zmarłego, niech więc idzie w świat i nie wraca. Nie chcę go więcej widzieć. Myślę, że nam niestety taka postawa nie jest daleka. W Ewangelii mamy natomiast coś zupełnie odwrotnego, coś co przekracza nasze myślenie i wyobrażenia. Ojciec nie tylko nie wyrzeka się syna, ale On wręcz czeka jego powrotu. Mało tego, gdy ten już wraca, nie każe mu być niewolnikiem czy sługą, On na nowo czyni go synem.

Czy taki stan, nas nie oburza? Wiemy jaka była postawa starszego z synów. Czy nasza jest inna? Zdarza się czasem słyszeć: „jak to popełnił takie zło, i otrzymał rozgrzeszenie?”. Tak otrzymał. Jest na nowo dzieckiem Bożym. Jest synem córką, który ma Ojca.

Jak to się ma do tego, o czym mówiłem na początku. Popatrzmy szczerze na nasze życie. Jakże często jest właśnie tak, że pozajmowaliśmy owe „pierwsze miejsca”, nazywamy się uczniami, ale chcemy chodzenia za Jezusem bez Krzyża, czyli bez wymagań, bez trudu. Czy żeśmy czasem wiele razy nie powiedzieli do Ojca: daj mi to, co mi się należy i idę w świat. Nie jesteś mi potrzebny. A może jak ów starszy syn mamy wieczne pretensje, że nie otrzymujemy tego, co chcemy. Może zachowujemy się jak zwykli najemnicy, którzy chcą sobie omamić Ojca swoją niby idealną postawą.

Zdaje sobie sprawę, że to brzmi boleśnie. Ale to wynika z Ewangelii - instrukcji obsługi naszego chrześcijańskiego życia.

Jest jednak coś co powinno napełnić nasze serce radością. Ojciec czeka. Chce nas na nowo uczynić synami: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. Tak nie ubiera się i nie żyje sługa. Tak może żyć tylko Ojciec i syn.

Być może nasze życie gdzieś tam się pogmatwało. Może trzeba wziąć sobie na nowo do serca słowa: zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie… to sakrament pokuty. To miejsce i czas, kiedy na nowo stajemy się synami i córkami Ojca, a dla siebie nawzajem braćmi. To nie Bóg odwraca się od człowieka, ale człowiek w swojej pysze odwraca się od Boga.

Wczoraj przeżywaliśmy święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Dzisiaj czcimy Maryję jako Matkę Bożą Bolesną. To też pewna wskazówka dla każdego z nas. Przy Krzyżu Chrystusa wraz z Maryją stajemy się mocni. Zostajemy obmyci. Nasz grzech zgładzony. Nie bójmy się zatem Ojca. On nas kocha i zawsze na nas czeka.